// ta notka jest bardzo jednostronna, wiem. odpowiedź na nią, jakaś polemika być może, będzie w następnym 'słodziakowo-narcystycznym' wpisie. póki co, nie potrafię napisać niczego w 'dobrym' klimacie. duszę się, ot co.

a, na marginesie, sesja pokonana :) //




Chciałabym mieć spokój, czuć spokój. Nic nie musieć, na nic nie czekać, niczego nie unikać. Schować się pod grubym, miękkim kocem, z kubkiem herbaty i dobrą książką. Cieszyć się chwilą. Nie uciekać, nie gonić. Oddychać.

Nie. Nie mam czasu. Ciągle te miliardy spraw do załatwienia i zrobienia piętrzące się w stosy, wśród których króluje prokrastynacja. I wieczne poczucie, ze można więcej. Że marnuję czas. Marnuję okazje. A przecież inni mają gorzej. Muszą zarabiać, pracować, zdobywać stypendia. Wychowywać dzieci. Trenować, dietować, robić wolontariaty i kursy. Mają zadbane domy, zadbane związki, zadbane paznokcie.

A ja? Nie muszę pracować, dzieci i związku nie mam, mam za to (samo?)odnawiający się, wieczny bałagan w mieszkaniu, remont, którego nie umiem skończyć i który zabiera mi chęć do czegokolwiek. Zawalam studia i nadrabiam w ostatniej chwili, a moje oceny nie zadowalają moich ambicji. Nie robię kursów czy wolontariatów, zaniedbałam nawet ukochany niegdyś francuski. I zapuszczam się - fizycznie, mentalnie, intelektualnie. Zapuszczam korzenie w bagnie, które kiedyś mnie wchłonie. No i przede wszystkim - nie umiem odpoczywać. Nie, posiadówy przed kompem mnie nie relaksują. Sprzątanie, lawirując między remontowymi gratami, też nie; tak samo jak książki, na których nie umiem się ostatnio skupić.



Chcę, żeby się działo, żeby było mocno, głośno i wesoło. Żeby było dużo, treściwie i efektywnie. Chcę przeżywać flow, ekscytację, pasję. Chcę przypomnieć sobie te wszystkie dobre emocje i uniesienia. Odmrozić się.

Nie. Nie jestem gotowa, nie teraz. Nie mam siły na nowe bodźce czy nawet powracające stare. Każde nowe słowo czy refleksja pogrążają mnie jeszcze bardziej w otchłani własnych rozczarowań. To, co kiedyś inspirowało, teraz jedynie przypomina o dawnych lub obecnych tęsknotach i marzeniach, których się boję. Boję się być lepsza. Boję się być szczęśliwa...



Chcę czuć, że jestem na właściwym miejscu, we właściwym czasie. Mieć do siebie zaufanie, móc na sobie polegać. Wiedzieć, że mam władzę nad swoim życiem. I po prostu - być szczęśliwą z tym wszystkim, co mam i mimo wszystkiego, co mam...

Bo wcale nie potrzebuję spokojnej tafli jeziora. Tak samo jak nie potrzebuję sztormu. Potrzebuję siebie. Siebie odnajdującej się w tym, co jest. Swojego dawnego optymizmu i nawet pewnej naiwności. Lekkości w byciu. Potrzebuję powkładać na nowo do szaf to, co wywaliłam w swojej głowie na środek podłogi, tworząc wielką stertę wszystkiego, o wszystkim, ze wszystkim. Potrzebuję osuszyć bagienko i zastąpić je swojskim ogródkiem, przyjemnie nieidealnym, ale kolorowym i świeżym. I przede wszystkim - moim...



________________________________________



way-for-perfectio
17.02.2013, 11:39

sesja za Tobą, złap trochę tchu i potem uderz ze zdwojoną siłą. to co nas kształtuje to priorytety, podążanie za nimi, niekoniecznie maniakalne zdobywanie szczytów, ale próby wejścia chociaż kawałek do przodu. zacznij od stabilizacji i przejdz dalej. albo znajdz swoj sposob, wyjatkowy jedyny sposob ;)


nienormalna
16.02.2013, 05:56

podpisuję się pod tym rękami i nogami. myślę, że takie odczucia towarzyszą tysiącom młodych kobiet.


myborderland
16.02.2013, 02:08

świetny wpis. świetnie odzwierciedla to, co we mnie. aż nadziwić się nie mogę, że AŻ TAK DOBRZE.


Powrót do bloga

hakuna@onet.pl
________________
layout by hakuna